środa, 10 grudnia 2014

Chapter 1

Życie płynie powoli jak rzeka. Życie niektórych osób jest bardzo szybką rzeką, która w dodatku - przemierza przez wyboiste ścieżki, chlusta o zaostrzone krańce kamieni oraz boryka się ze spadzistymi wodospadami.
Gdybyśmy przenieśli się na jedną z londyńskich ulic zauważylibyśmy zwyczajną ruchliwą ulicę. Wyborcze bilbordy wywieszone były na wyższych wieżowcach oraz budynkach z czerwonej cegły, ludzie chodzili po chodniku, a inni przebywali w autach. Słychać było tysiące rozmów, warkot silników oraz głośne huczenie tramwaju, który przemieszczał się zgrabnie po szynach.
Jedyną rzeczą, całkowicie wyrwaną z kontekstu była obecność mężczyzny w podeszłym wieku - w zwyczajnej, miejskiej toalecie. Mężczyzna stał w niedługiej kolejne, składającej się z czterech mężczyzn. Nasz bohater miał na sobie uroczysty surdut, a w dłoni ściskał neseser. Beznadziejnie smutnym wzrokiem wpatrywał się w drzwi. Było to oczekujące spojrzenie.
Te pięć minut przepełnione było niezwykłym podekscytowaniem. Mężczyzna upewnił się, że nikogo wokół niego nie ma i zablokował drzwi od kabiny, w której przebywał. Ułożył neseser na podłodze i włożył jedną nogę do środka. Jego stopa nasiąkła zapachem środka do toalet. Ze wstrętem i niechęcią wcisnął do wnętrza muszli drugą stopę. Gdy stanął w niej wygodnie chwycił swój neseser i wcisnął na spłuczkę. Wydał się znajomy dźwięk. Mężczyzna poczuł wirowanie, jednak nie otwierał oczu. Wolał nie wiedzieć jak wygląda ten transport.
   - McAdams! - szare tęczówki mężczyzny z jasnym zarostem wpiły się w pracownika. - Spóźniłeś się o równe trzy minuty!
   - Wybacz, szefie. - bąknął zawstydzony. Przywykł do pochwał, a z ust jego szefa nigdy nie wyrwała się choćby najmniejsza uwaga na jego temat. Pojawiały się, oczywiście te pozytywne uwagi. Jonathan McAdams był cenionym pracownikiem, największego urzędowego budynku w całym znanym czarodziejskim świecie. Ministerstwo Magii było małym światkiem zapracowanych, łaknących władzy czarodziejów. Jonathan należał do takowych, chociaż ukrywał to pod płachtą nieśmiałego urzędnika. Żaden z wspólników nie znał drugiego oblicza mężczyzny.
Czarodziej wszedł do windy i wcisnął odpowiedni guzik. Urządzenie porwało go na drugi koniec Ministerstwa, gdzie znajdował się jeden z departamentów. Powitał chłodno swoją sekretarkę.
   - Dzień dobry, Mason.
Skinęła skromnie głową, a z jej wąskich, malinowych ust wyrwało się ciche:
   - Dzień dobry, panie McAdams.
Mężczyzna zniknął za drzwiami swojego gabinetu trzaskając nimi mocno. Zauważył, że stosik ołówków, starannie zatemperowanych podskoczyło w rytm drgających drzwi. Zajął miejsce na kiwającym się jeszcze, zielonym odbiciu fotela i wbił spojrzenie w papiery, leżące na jego biurku.
   - Niemożliwe!
Z racji tego, że głośno krzycząc poderwał się, stosik dokumentów rozpadł się na podłodze. Drzwi otworzyły się, wleciała przez nie Katherinee Mason z jednorazowym kubeczkiem wody.
   - Panie McAdams! Proszę, czy wszystko w porządku?! - wykrzyknęła. Mężczyzna był w typowym szoku. Kobieta zdjęła mu krawat i rozsunęła szeroko okno.
   - Panno Mason... - wyjąkał z trudem mężczyzna. - Zwołaj szybko szefa!
   - Już, już, biegnę! - zawołała blondynka. Poprawiła swoją nienagannie wyglądającą fryzurę i popędziła przed siebie.
Chwilę później pojawił się szef oraz panna Mason. Szaleńczy oddech McAdamsa zadziwił jego szefa. Przetarł mocno okulary i spojrzał raz jeszcze na mężczyznę.
   - Panie McAdams, czy wszystko jest w porządku? - zadał spokojnie pytanie. - Czy słyszy mnie pan?
   - Tak, słyszę doskonale! - pieklił się mężczyzna. Na twarzy wystąpiły mu czerwone wypieki. - Czyje to dokumenty?
   - Są przygotowane dla pana. Ty masz się nimi zająć, McAdams. - rzucił oschle szef. - Czy aż tak dziwi się sprawa Sam-Wiesz-Kogo?
Z gardła panny Mason wydało się ciche jęknięcie.
   - Jakim cudem dostało się to w nasze ręce? - zapytała zszokowana wiadomością. McAdams nadal w milczeniu przetwarzał wszystkie myśli.
   - Musimy to rozwikłać. McAdams. - szef rzucił mu ostre spojrzenie. - Jak zdołasz się dowiedzieć, dostaniesz awans.

                                                     ~*~

Słońce zaczęło powoli chować się za pasmem budynków. Rebbeca wsłuchiwała się w głuchą ciszę panującą w pokoju. Ciemne włosy spływały po jej plecach, a wzrok wpatrywał się w okno. Dziewczyna uwielbiała wpatrywać się w drogę zachodzącego słońca. Lekko zaróżowiony złoty dysk znikał za wysokimi dachami.
   - Rebbeca!
Podskoczyła lekko na dźwięk swojego imienia. Wstała i powlokła się po krętych schodach w dół. W salonie, wytapetowanym na beżowo czekali na nią rodzice. Na twarzy matki gościły już zmarszczki godne swojego wieku. Pokryte czarną farbą włosy rozpuściła na ramiona. Ojciec drapał się zawzięcie po prawie niewidocznym zaroście.
   - Słucham? - zapytała ciemnowłosa dziewczyna opierając się o kolumnę wiodącą na biały sufit.
   - A zatem... - zaczęła kobieta chrząkając lekko. - Jutro... Wyjedziesz do tej swojej szkoły.
   - Ach, do Hogwartu - twarz Rebbeci rozświetlił uśmiech. - Tak, to wspaniale. Już ostatni rok.
   - Właśnie... - wyjąkała pani Turner przełykając nerwowo ślinę. Dłoń męża pokryła się z jej dłonią. Uśmiechnęła się delikatnie.
   - Może nie powinniśmy jej mówić? - zapytał.
Brwi Rebbeci uniosły się w górę. Nienawidziła gdy wstępna rozmowa rodziców musiała trwać tak długo. Czy nie mogli po prostu przejść do konkretów?
   - Spójrz na Vee. - powiedział w końcu ojciec. Jego usta drgały gdy miał mówić dalej. - Ona jest... Zwyczajna, Reb... A ty jesteś wiedźmą.
   - Wiem i jestem z tego dumna. - Rebbeca powstrzymała krzyk, który prawie wyrwał się z jej gardła.
   - Ale my... Nie. - podsumowała cicho pani Turner. - Och, Reb... Czy musisz tam jechać? Zostań z nami.
   - Nie mogę! - ryknęła dziewczyna. Nie potrafiła opanować nerwów. Czemu chcieli odciągnąć ją od fascynującego świata magii? Uczyła się wybitnie i była jedną z najlepszych uczennic. Nigdy z ust państwa Turner nie wydobyła się choć jedna, mała pochwała. - Ja muszę jechać! Muszę skończyć moją edukację. To dla mnie ważne.
   - Rebbeco, pomyśl co by się stało gdybyś została. Tam jest niebezpiecznie. - w oczach matki pojawiła się tęsknota. Rozłożyła ramiona tak, jakby chciała uchwycić w nich dziewczynę. Rebbeca z kamienną twarzą pozwoliła się utulić. Poczuła się jak motyl przykuty wiecznie do ściany pokoju. - Zostań tu.
   - Ja... Ja nie mogę... - wahała się. Podjęcie decyzji zawsze musiało być trudne. Rozważnie pomiędzy, jednym, a drugim zawsze trwało zbyt długo.
Opuściła ciepłe, matczyne objęcia. Już dobrze wiedziała, w którą stronę pójść.
   - Proszę, Reb. Zostań tu... - wyszeptała pani Turner.
   - Mamo... Wiesz, że cię kocham, ale... Nie mogę. - wyjąkała. Borykała się z myślami przez chwilę za nim odeszła. Po usłyszeniu bezpiecznego trzaśnięcia drzwiami pan Turner zabrał głos.
   - Dlaczego to zrobiłaś? To był największy błąd w naszym życiu. - powiedział lodowato.
   - Pete...
Ale mężczyzna pokręcił tylko głową. Podniósł się z fotela, który odsuwając się zatrzeszczał.
   - Pete!
Wplótł palce kobiety w swoją rękę.
    - Samantho, to była ostatnia szansa. Tak będzie lepiej? To twoja decyzja. Po prostu powiedz.
    Ta chwila dłużyła się w nieskończoność. Pomieszczenie wypełniało głośne bicie serca kobiety, tykanie zegara, a nawet - ciche rozterki, które trwały w głowie Samanthy Turner.
   - Tak. Tak będzie lepiej.

 ______________________________________________________
Koniec! Wrażenia z pierwszego rozdziału możecie opisać w komentarzach.
Za nim się rozkręcę dodam jeszcze, że moje opowiadanie na pewno nie jest kanoniczne!
Dziękuję za przeczytanie.

                           

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz